Życie u progu wrót do piekieł
o tym jak „Strefa interesów”(2023) Jonathana Glazer’a wstrząsa obrazem i dźwiękiem
FILM
Martyna Patora
9/11/20265 min read


kadr z filmu „Strefa interesów”
Każdy z nas doskonale zna historię Holokaustu i obozów zagłady – z lekcji historii, książek choćby „Kto ratuje jedno życie…” Jerzego Bieleckiego, czy reportaży Zofii Nałkowskiej „Medaliony”, ale również z filmów takich jak mocny i dosadny „Syn Szawła” (2015) w reż. László Nemes’a, „Życie za życie. Maksymilain Kolbe” (1991) w reż. Krzysztofa Zanussiego, które przybliża nam jednego z polskich duchownych w Auschwitz, czy niezwykle wzruszające „Życie jest piękne” (1997) w reż. Roberto Benigniego…
Jednak film Jonathana Glazera „Strefa Interesów” (2023) nie epatuje przepełnionymi brutalnością obrazami z wewnątrz obozu, ale pokazuje życie komendanta KL Auschwitz Rudolfa Hössa i jego rodziny. Którzy stworzyli sobie wygodną, niemal idylliczną enklawę obok obozu koncentracyjnego Auschwitz otoczonego ogrodem, basenem i codzienną rutyną, podczas gdy sam komendant miał zaledwie kilka kroków do „pracy”.
Początek filmu to tylko tytuł, który powoli zanika w czerni i towarzyszy mu wyjątkowa, niepokojąca pełna dysonansów muzyka, która trwa w czerni przez pierwsze minuty seansu. Co uważam za ważny zabieg, bo film ukierunkowuje odbiorcę, na to co ma zwrócić uwagę - czyli dźwięki. Po chwili z dysonansów wyłania się śpiew sikorek, słowików, innych ptaków i szum rzeki, a z czerni wyłania się sielski wręcz wyidealizowany świat. Nasycona zieleń, rzeka, nieznaczne góry pięknie zarośnięte drzewami oraz osoby zajmujące nieznaczną część kadru. Są jak bohaterowie z obrazów Caspara Davida Friedricha. Czyste schludne ubrania, mężczyźni kąpiący się w rzece, kobiety zajmujące się dziećmi – można rzec raj.
Nic bardziej mylnego…
Razem z bohaterami filmu podróżujemy do ich willi. Na początku wewnątrz domu nie słyszymy rozmów, ale niepokojące odgłosy wydobywające się zza kadru oraz odgłosy codzienności – skrzypiące drzwi, tupanie po schodach. Z czasem słyszymy rozmowy, ale głosy bohaterów dochodzą jakby z oddali. Kamera konsekwentnie trzyma nas na dystans. Dominuje plan ogólny, w którym bohaterowie są przedstawieni w przestrzeni, której funkcjonują. W tle nieustannie słychać życie toczące się w obozie: krzyki, rozstrzeliwanie, nieprzyjemny jazgot, a w kontraście do tego jest pani Höss, która pokazuje swojej malutkiej córeczce kwiaty, albo jej syn bawiący się złotymi zębami, czy impreza rodzinna przy basenie na terenie posesji. I pomimo sielskiej przestani, którą otaczają się Hossowie, ma ona w sobie niemiecki porządek i surowość. Wszystko ma swoje miejsce i czas. Idealnie przycięte trawniki, wyplewione chodniki, rabaty pełne kwiatów, a każda służąca zna swoje miejsce. Jedna sprząta, druga podaje jedzenie, a trzecia zajmuje się małą Annągret. Zaś robotnicy pielą ogród, czyszczą buty – zajmują się głównie posesją. Wszystko działa „perfect”, nawet Rudolf jako ojciec sprawdza się bez zarzutu – no ale te dźwięki zza płotu, ciągle je słyszymy, które mocno działają na wyobraźnię. A delikatna kolor korekcja jaką jest desaturacja obrazu, działa w odpowiedni sposób czyniąc obraz wręcz stalowym i nienaturalnie czystym – idealnym.
Emocjonalna powściągliwość atutem filmu
Muszę przyznać, że decyzja reżysera oraz operatora, aby poprowadzić film bez emocjonalnego przywiązania się do bohaterów jest majstersztykiem. Jak wcześniej zaznaczyłam dominuje plan ogólny, ale ujęcia oscylują od planu totalnego (czyli krajobraz zajmuje większą część kadru, a człowiek jest tylko jej nieznacznym elementem) po maksymalnie plan średni (taki kadr, który pokazuje człowieka od pasa w górę). Łukasz Żal prowadzi kamerę w taki sposób, że bohaterowie są dokumentowani w sposób beznamiętny – z dystansu, co osobiście mi kojarzy się z monitoringiem. Odbiorca staje się obserwatorem niewygodnej rzeczywistości. Uważam, że to bardzo dobry zabieg, bo oglądanie dylematów bohaterów wydaje się wręcz kuriozalne, w stosunku do zaistniałej sytuacji, w której się znajdują. Tym właśnie zabiegiem Glazer góruje nad „Norymbergą”(2025), którą również niedawno widziałam. O ile w filmie Jamesa Vanderbilta duże zbliżenia na Göringa i psychologa Douglasa Kelley’ego mają budować napięcie między bohaterami, to ich konsekwencją staje się niebezpieczne przesunięcie perspektywy. Widz zaczyna nie tylko obserwować zbrodniarza, ale z nim sympatyzować. Rozumiem zamysł stojący za tym rozwiązaniem, jednak jego wydźwięk pozostawia dysonans poznawczy. Film próbuje zdefiniować zło, obalić mit Übermenscha, ale uważam, że się to nie udaje. Göring grany przez Russela Crowe, do końca jest nadczłowiekiem, który nawet po śmierci wpływa na losy bohaterów. Tymczasem Glazer konsekwentnie odmawia nam tej bliskości. Nie pozwala wejść do głowy Hössa, ani innych, aby uczynić z nich bohaterów, z którym można się utożsamić. I właśnie ta emocjonalna powściągliwość staje się najmocniejszym punktem „Strefy interesów”.
Promyk nadziei
W filmie pojawia się też ciekawy zabieg wykonany przez operatora Łukasza Żala, w którym wykorzystał kamerę termowizyjną FLIR, która rejestruje ciepło - nie światło. Zarejestrowany obraz jest wyraźnym pęknięciem wizualnym w stosunku do surowego wyidealizowanego i beznamiętnego świata Hössów i dzięki temu te sekwencje stają się czymś pomiędzy jawą, a snem. Poprzez mocny kontrast głębokich czarni i mocnegorozświetlenia podkreślają, że w tym brudnym od śmierci i zamordyzmu świecicie istnieje promyk nadziei.
"Wiesz czemu się tak stało? Bo ludzie na to pozwolili"
Film porusza bardzo ważny dylemat moralny, czy w świecie zagłady da się żyć normalnie? Czy człowiek jest w stanie pomimo swoich kontrowersyjnych poglądów traktować drugiego jak plagę robactwa, gdzie tworzy się konflikt między koniecznością usunięcia, a pozostawienia – dzisiaj wiemy, że nie tylko dawniej, ale i dzisiaj tak się dzieje – spójrzmy wojnę w strefie Gazy. Role się odmieniły…
Pytania i myśli, które dudnią po seansie w głowie, sprowadzają się do jednego: co ja, jako prosty, szary człowiek, mogę zrobić, aby choć trochę odmienić los drugiego człowieka, a może nawet losy świata? Ale pojawia się też druga myśl: nie chciałabym dożyć czasów, w których przyszło żyć naszym przodkom.
Po seansie w głowie pozostały mi słowa, które choć nie padają w tym filmie, doskonale podsumowują całe zło wojny. Pierwsze to oczywiście zdanie Zofii Nałkowskiej: „Ludzie ludziom zgotowali ten los”. Drugie pochodzi z filmu Norymberga, w którym sierżant Howie Triest mówi: „Wiesz, czemu się tak stało? Bo ludzie na to pozwolili”. I chyba właśnie te dwa zdania najlepiej oddają to, co zostaje w głowie po seansie. Zło nie zawsze zaczyna się od wielkich decyzji. Czasem zaczyna się od milczenia, obojętności i przyzwolenia.
