Trzy oblicza tej samej duszy
W zeszłym roku miałam przyjemność napisać tekst o dworkach na terenie Gminy Aleksandrów Łódzki. Niestety, nie ujrzał on wówczas światła dziennego, dlatego dziś wracam do tej historii, aby podzielić się nią z Wami. Tekst nabrał dziś zupełnie innego wymiaru, zwłaszcza w obliczu wydarzeń, które w ostatnich dniach rozegrały się na terenie dworu w Nakielnicy. Mimo to chciałabym przedstawić Wam historię miejsc, które poruszyły moją wrażliwość i na długo zapadły mi w pamięć.
Martyna Patora
5/8/202411 min read


Zmierzch
Z dala od zgiełku świata, jego mury pogrążone są w ciszy i zapomnieniu. Dawniej otoczony przez niezwykły park w stylu angielskim, który zapraszał do siebie cienistą aleją lipową, dzisiaj pozostaje jedynie strzępem całości dworku w Bełdowie. Dawniej sąsiadował z tętniącą życiem gorzelnią i tartakiem, które tworzyły gospodarcze serce tych ziem. Dziś i one pogrążone są w ciszy, jakby czas zapomniał o ich istnieniu – tartaku już nie ma, gorzelnia stoi jak niemy monument.
Dwór jest bezpowrotnie zjadany przez roślinność, która dziś bez skrupułów wrasta w elewację, żłobiąc blizny na ścianach – powolne rany czasu, który nie zna litości. Liście przedzierają się przez puste okna, pnącza oplatają drzwi, wchodząc do środka, jakby chciały na nadać temu miejscu swojego życia – dzikiego i obcego.
Miejsce przywodzi na myśl utracone czasy, historie zapisane gdzieś w kurzu i ciszy. W powietrzu unosi się tęsknota — za czymś, co odeszło bezpowrotnie, a jednak kiedyś było pełne ciepła, śmiechu i życia. Chociaż potomkowie Władysława Wężyka żyją w Krakowie wątpliwe, aby historie tego domu przetrwały próbę czasu. Pewnie już nigdy nie poznamy historii zamkniętych w murach tej posiadłości. Dwór w Bełdowie nic nie mówi - stoi jak milczący strażnik przeszłości.












Każda historia jest szyta według własnej nici przeznaczenia, jednak niektóre się ze sobą splatają. Spoglądając na losy dworków z Gminy Aleksandrów Łódzki zadaje się, że są one jak bracia świt, dzień i zmierzch. W doskonały sposób personifikują przemijanie. Są jak stare fotografie, twarze dziadków, przedmioty, które przetrwały minione lata. Przemijanie jest jak uroboros pożerający własny ogon. Coś się zaczyna, coś się kończy
i znowu zaczyna. Czasem coś trwa, ale już nie pozostaje takie samo. I musi odejść, by zrobić miejsce czemuś nowemu. Przemijanie niesie w sobie melancholię, która czyni pamiątkę z utraty. Jest jak cień dawnych dni — zaklęty w opuszczonych bryłach, ukryty za zasłoną drzew dzikiej zieleni.
Świt
Gdzieś na skrzyżowaniu dróg pomiędzy Budami Wolskimi, a Bełdowem stoi rezydencja, która powstała z kolan. Szczyci się odnowioną piękną fasadą
w kolorze kości słoniowej. Obok są równo strzyżone rabaty, a majestatycznie drzewa podkreślają upływający czas. To Dworek w Zgniłym Błocie - cudowna posiadłość, w którą tchnięto nową duszę.
Kiedy był opuszczony i zniszczony, otulony przez rośliny przemówił do pani Aleksandry Górnej - Grabary (aktualnej właścicielki dworu). Zdecydowała się wtedy na odrestaurowanie, a raczej wybudowanie od podstaw posiadłości. Prace konserwatorskie trwały dwa lata, a praca wymagała bardzo dużego zaangażowania i cierpliwości. W tym wszystkim udało się zachować wiele elementów dawnych ruin, między innymi części ceglanych ścian posiadłości.
Efekt jest imponujący: 800 m² odnowionych wnętrz, 60 hektarów pięknego terenu, w tym aleja srebrzystych świerków, 100-letnie kasztanowce, akacje, a także — nieco mniej tradycyjnie — 3 psy i 32 alpaki, którymi z miłością opiekuje się właścicielka. Wnętrze dworku zostało wypełnione pamiątkami właścicieli z różnych części świata, a każda z nich wprowadza nutę egzotyki i osobistego wspomnienia. Wnętrze to istny synkretyzm gatunkowy - łączy nowoczesną funkcjonalność, surowość industrialnych akcentów oraz przytulne, rustykalne detale - co mimo wszystko to tworzy wyjątkową, spójną całość.
Dzisiaj dwór stoi i dumnie wypina pierś i zdaje się mówić „Dawne czasy minęły, odrodziłem się na nowo.”


Dzień
Za zasłoną drzew i betonu trwa zmęczony dwór w Nakielnicy. Z zewnątrz zdaje się być opuszczony lecz w środku to prawdziwa skarbnica tajemnic, której orędowniczką jest pani Elżbieta Pułaczewska. Właścicielka dworku jak i prawowita dziedziczka - wnuczka Leona Zacherta. Dzięki jej wspomnieniom możemy przenieść się do posiadłości tętniącej życiem, gdzie ogród pachniał tysiącem róż, szumiał lasem pełnym lip i jesionów, a ogródek był pełen pysznych melonów, arbuzów, szparagów i bakłażanów. Wsłuchując się w jej słowa, usłyszymy śmiech małej Eli, biegnącej boso po schodach rezydencji, prosto w objęcia ukochanego dziadka. To jedne z ostatnich beztroskich chwil z rodziną jakie przyszło jej zapamiętać.
Spacerując po posiadłości słychać w niej echa tamtych czasów. Ze ścian spoglądają na nas dawni mieszkańcy posiadłości - między nimi portret Heleny Marii Zachert – rodzicielki pani Elżbiety.
Z obrazu spogląda na nas młoda piękna kobieta, pomimo wieku już naznaczona troską, która jest podkreślona przez szary kosmyk włosów jak i przytłaczającą paletę barw takich jak złamana biel, zgniła zieleń, miękkie światło oraz granat sukni. Karminowe usta to jedyny akcent, który ożywia ten obraz jak ostatni ślad dawnych emocji. W jej oczach zapisana jest tęsknota, którą przeszywa każdego spoglądającego jej w oczy. Ten portret to zapis melancholii, która zdaje się spowijać całą tą posiadłość. Odzwierciedlając losy wielu mieszkańców tego domu, bo ten dwór to pewnego rodzaju muzeum. W którym historia szepcze z każdego kąta lub schowka na miotły. Choćby rzeźba „Madonny Mikaszewickiej” - autorstwa Elwiry i Jerzego Mazurczyków- wujostwa pani Elżbiety. Znanych łódzkich rzeźbiarzy, twórców m.in. popiersia Juliana Tuwima czy pomnika Tadeusza Kościuszki. Ta niezwykła i monumentalna Madonna z dzieciątkiem, którą z czułością opiekuje się pani Elżbieta, to oryginał, pochodzący z Mikaszewicz na Białorusi. Podczas II wojny światowej rzeźba była ukrywana w piwnicy warszawskiej kamienicy. W tych trudnych czasach mieszkańcy okolicy zbierali się tam, modląc się wspólnie przed jej obliczem pełniąc symbol nadziei i opieki w trudnych czasach.
Po 1945 roku posiadłość została przejęta przez Państwo, a następnie przekształcona przez PGR. Wnętrza dworu rozczłonkowano, przekształcając je w karykaturę samego siebie, a przestrzenie zamieniono w ciasne boksy, niszcząc pierwotną harmonię
i ducha domu. Losy rodziny pani Elżbiety jak i dworu naznaczyły tragedie. Jej dziadek pan Zachert po wojnie został zesłany do obozu pracy w Rąbieniu, gdzie prawdopodobnie zginął. Warto wiedzieć, że po wojnie losy wielu Polaków, podzieliło los pana Zacherta, który chcąc ochronić swoją rodzinę przed wojną podpisał volkslitę. Wiele rodzin wtedy straciło swoje domy, krewnych i posiadłości. Tak jak rodzina pani Elżbiety.
Historia tego domu splata się z osobistymi losami wielu jego mieszkańców. Choć dzisiaj dwór nosi blizny minionych lat, nadal trwa. Jego kolumny dźwigają ciężar wspomnień wraz z panią Elżbietą — strażniczką duszy tego miejsca — pamięć o dawnych czasach tutaj nie gaśnie. Ten dwór trwa jak dzień – zmienny, a jednak powracający. Jest jak kalejdoskop wspomnień, w którym miesza się światło i cień.
I zdaje się mówić: „Jestem tutaj obecny, zmęczony życiem. Pamiętam to, co było — dobre i złe. Ale trwam.”








Zmierzch
Z dala od zgiełku świata, jego mury pogrążone są w ciszy i zapomnieniu. Dawniej otoczony przez niezwykły park w stylu angielskim, który zapraszał do siebie cienistą aleją lipową, dzisiaj pozostaje jedynie strzępem całości dworku w Bełdowie. Dawniej sąsiadował z tętniącą życiem gorzelnią i tartakiem, które tworzyły gospodarcze serce tych ziem. Dziś i one pogrążone są w ciszy, jakby czas zapomniał o ich istnieniu – tartaku już nie ma, gorzelnia stoi jak niemy monument.
Dwór jest bezpowrotnie zjadany przez roślinność, która dziś bez skrupułów wrasta w elewację, żłobiąc blizny na ścianach – powolne rany czasu, który nie zna litości. Liście przedzierają się przez puste okna, pnącza oplatają drzwi, wchodząc do środka, jakby chciały na nadać temu miejscu swojego życia – dzikiego i obcego.
Miejsce przywodzi na myśl utracone czasy, historie zapisane gdzieś w kurzu i ciszy. W powietrzu unosi się tęsknota — za czymś, co odeszło bezpowrotnie, a jednak kiedyś było pełne ciepła, śmiechu i życia. Chociaż potomkowie Władysława Wężyka żyją w Krakowie wątpliwe, aby historie tego domu przetrwały próbę czasu. Pewnie już nigdy nie poznamy historii zamkniętych w murach tej posiadłości. Dwór w Bełdowie nic nie mówi - stoi jak milczący strażnik przeszłości.










Każda historia jest szyta według własnej nici przeznaczenia, jednak niektóre się ze sobą splatają. Spoglądając na losy dworków z Gminy Aleksandrów Łódzki zadaje się, że są one jak bracia świt, dzień i zmierzch. W doskonały sposób personifikują przemijanie. Są jak stare fotografie, twarze dziadków, przedmioty, które przetrwały minione lata. Przemijanie jest jak uroboros pożerający własny ogon. Coś się zaczyna, coś się kończy i znowu zaczyna. Czasem coś trwa, ale już nie pozostaje takie samo. I musi odejść, by zrobić miejsce czemuś nowemu. Przemijanie niesie w sobie melancholię, która czyni pamiątkę z utraty. Jest jak cień dawnych dni — zaklęty w opuszczonych bryłach, ukryty za zasłoną drzew dzikiej zieleni.


Dzień
Za zasłoną drzew i betonu trwa zmęczony dwór w Nakielnicy. Z zewnątrz zdaje się być opuszczony lecz w środku to prawdziwa skarbnica tajemnic, której orędowniczką jest pani Elżbieta Pułaczewska. Właścicielka dworku jak i prawowita dziedziczka - wnuczka Leona Zacherta. Dzięki jej wspomnieniom możemy przenieść się do posiadłości tętniącej życiem, gdzie ogród pachniał tysiącem róż, szumiał lasem pełnym lip i jesionów, a ogródek był pełen pysznych melonów, arbuzów, szparagów i bakłażanów. Wsłuchując się w jej słowa, usłyszymy śmiech małej Eli, biegnącej boso po schodach rezydencji, prosto w objęcia ukochanego dziadka. To jedne z ostatnich beztroskich chwil z rodziną jakie przyszło jej zapamiętać.
Spacerując po posiadłości słychać w niej echa tamtych czasów. Ze ścian spoglądają na nas dawni mieszkańcy posiadłości - między nimi portret Heleny Marii Zachert – rodzicielki pani Elżbiety.
Z obrazu spogląda na nas młoda piękna kobieta, pomimo wieku już naznaczona troską, która jest podkreślona przez szary kosmyk włosów jak i przytłaczającą paletę barw takich jak złamana biel, zgniła zieleń, miękkie światło oraz granat sukni. Karminowe usta to jedyny akcent, który ożywia ten obraz jak ostatni ślad dawnych emocji. W jej oczach zapisana jest tęsknota, którą przeszywa każdego spoglądającego jej w oczy. Ten portret to zapis melancholii, która zdaje się spowijać całą tą posiadłość. Odzwierciedlając losy wielu mieszkańców tego domu, bo ten dwór to pewnego rodzaju muzeum. W którym historia szepcze z każdego kąta lub schowka na miotły. Choćby rzeźba „Madonny Mikaszewickiej” - autorstwa Elwiry i Jerzego Mazurczyków- wujostwa pani Elżbiety. Znanych łódzkich rzeźbiarzy, twórców m.in. popiersia Juliana Tuwima czy pomnika Tadeusza Kościuszki. Ta niezwykła i monumentalna Madonna z dzieciątkiem, którą z czułością opiekuje się pani Elżbieta, to oryginał, pochodzący z Mikaszewicz na Białorusi. Podczas II wojny światowej rzeźba była ukrywana w piwnicy warszawskiej kamienicy. W tych trudnych czasach mieszkańcy okolicy zbierali się tam, modląc się wspólnie przed jej obliczem pełniąc symbol nadziei i opieki w trudnych czasach.
Po 1945 roku posiadłość została przejęta przez Państwo, a następnie przekształcona przez PGR. Wnętrza dworu rozczłonkowano, przekształcając je w karykaturę samego siebie, a przestrzenie zamieniono w ciasne boksy, niszcząc pierwotną harmonię
i ducha domu. Losy rodziny pani Elżbiety jak i dworu naznaczyły tragedie. Jej dziadek pan Zachert po wojnie został zesłany do obozu pracy w Rąbieniu, gdzie prawdopodobnie zginął. Warto wiedzieć, że po wojnie losy wielu Polaków, podzieliło los pana Zacherta, który chcąc ochronić swoją rodzinę przed wojną podpisał volkslitę. Wiele rodzin wtedy straciło swoje domy, krewnych i posiadłości. Tak jak rodzina pani Elżbiety.
Historia tego domu splata się z osobistymi losami wielu jego mieszkańców. Choć dzisiaj dwór nosi blizny minionych lat, nadal trwa. Jego kolumny dźwigają ciężar wspomnień wraz z panią Elżbietą — strażniczką duszy tego miejsca — pamięć o dawnych czasach tutaj nie gaśnie. Ten dwór trwa jak dzień – zmienny, a jednak powracający. Jest jak kalejdoskop wspomnień, w którym miesza się światło i cień.
I zdaje się mówić: „Jestem tutaj obecny, zmęczony życiem. Pamiętam to, co było — dobre i złe. Ale trwam.”






Świt
Gdzieś na skrzyżowaniu dróg pomiędzy Budami Wolskimi, a Bełdowem stoi rezydencja, która powstała z kolan. Szczyci się odnowioną piękną fasadą
w kolorze kości słoniowej. Obok są równo strzyżone rabaty, a majestatycznie drzewa podkreślają upływający czas. To Dworek w Zgniłym Błocie - cudowna posiadłość, w którą tchnięto nową duszę.
Kiedy był opuszczony i zniszczony, otulony przez rośliny przemówił do pani Aleksandry Górnej - Grabary (aktualnej właścicielki dworu). Zdecydowała się wtedy na odrestaurowanie, a raczej wybudowanie od podstaw posiadłości. Prace konserwatorskie trwały dwa lata, a praca wymagała bardzo dużego zaangażowania i cierpliwości. W tym wszystkim udało się zachować wiele elementów dawnych ruin, między innymi części ceglanych ścian posiadłości.
Efekt jest imponujący: 800 m² odnowionych wnętrz, 60 hektarów pięknego terenu, w tym aleja srebrzystych świerków, 100-letnie kasztanowce, akacje, a także — nieco mniej tradycyjnie — 3 psy i 32 alpaki, którymi z miłością opiekuje się właścicielka. Wnętrze dworku zostało wypełnione pamiątkami właścicieli z różnych części świata, a każda z nich wprowadza nutę egzotyki i osobistego wspomnienia. Wnętrze to istny synkretyzm gatunkowy - łączy nowoczesną funkcjonalność, surowość industrialnych akcentów oraz przytulne, rustykalne detale - co mimo wszystko to tworzy wyjątkową, spójną całość.
Dzisiaj dwór stoi i dumnie wypina pierś i zdaje się mówić „Dawne czasy minęły, odrodziłem się na nowo.”






